Od początku tego roku utrzymuję nieprzerwaną łączność z kosmosem. Bywam nieprzewidywalny i niebezpieczny, zwłaszcza w środkach komunikacji miejskiej. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że nie robię tego rozmyślnie. Jestem po prostu jakby nieobecny.
Wczoraj, wychodząc do tramwaju, wstąpiłem na tęczę frakcjonującego oleju napędowego, który ktoś rozlał na chodniku. Spojrzałem wówczas na wznoszące się pod moimi oknami rusztowania (znowu!) i przekląłem siarczyście.
Stoję przed lustrem i masuję się po brzuchu... No i przybyło tego i owego.
Mówię w tym czasie do Marty, z którą wiszę na telefonie:
- Dieta jest nie dla mnie. Brak mi wewnętrznej dyscypliny, zwłaszcza że wszędzie tyle pokus czyha.
Marta ma w głosie wiele wyrozumiałości i mówi, że kobietom w trakcie okresu powiększają się piersi. Podciągam koszulkę wyżej...
- Nie, piersi mi się nie powiększyły. Okres zatem można wykluczyć. To musi być ciąża, ciąża spożywcza.
Szkolenia, na które ostatnio poświęcam mnóstwo swojego czasu, są nieustającym źródłem mojej radości i dobrego samopoczucia. Póki co, nie nauczyłem się zbyt wiele, ale za to zostałem porządnie sklasyfikowany. I tak wiem już, że jestem ekstrawertycznym myślicielem, z dużą komponentą dziecka spontanicznego, ale nie brakuje mi również dorosłego oraz dwóch rodziców, których rodzajów nie pamiętam. Zbliża się koniec roku, a ja w sumie wszystkimi certyfikatami mógłbym sobie wytapetować przedpokój. W razie potrzeby dołączę mój zbiorek dyplomów i w ten sposób stworzę małą sień pamięci osobowej.
Postanowiłem się nie golić. Przecież i tak nie warto. Koszuli też jakoś specjalnie nie prasowałem. Tylko o tak, żeby nie było, że jestem jakąś fleją. Wszystko tak o! – prezentacja, niewypastowane buty, nieuczesane włosy. W końcu to sobota. Wszyscy będą ziewać i modlić się o szybki koniec. Mi będą pociły się dłonie i będę je wycierał o spodnie od garnituru. Ostatecznie okaże się, że moje wystąpienie ma się nijak do całej reszty i znów wyjdzie tak, że będę się wewnętrznie czuł jak gówno w trawie. Ale w sumie – myślę sobie – nic nie szkodzi. Myślę sobie – jestem profesjonalny, jestem opanowany i mam to wszystko w dupie. Więc nawet jeśli poczuję się jak gówno w trawie, to i tak comiesięczny odcinek, rozdawany na Matki Boskiej Pieniężnej, mi to wynagrodzi.
W drodze zastanawiam się, dlaczego ci taksówkarze, z którymi jeżdżę tak pierdolą od rzeczy...
Zasadniczo to wolę mówić niż pisać. Choć czasem myślę sobie, że dobrze by było napisać. Przegadane życie jest funta kłaków niewarte, a w końcu żyjemy w czasach, kiedy wszyscy piszą pamiętniki i dzienniki. Zastanawiające jest to, że wszystkie one są nudne jak barszcz zabielany. No z małymi wyjątkami – jak zwykle zresztą...
Jestem trochę zmęczony. Mój kalendarz wskazuje, że mam do tego pełne prawo:
Wtorek – Hamburg – ciepło i wilgotno z przerwami na grad,
Czwartek – Warszawa – deszczowa pogoda, ale tylko przez chwile, bo już za godzinę..
Prowincja podwarszawska – wietrznie, pada deszcz,
Sobota – Toruń – zimy wiatr,
Poniedziałek – Warszawa – deszczyk i kałuże,
Wtorek – Wrocław – ciepło ale mży,
Środa – Katowice – ciepło, ale słońca brak – może kryje się za brunatną smugą na niebie,
Czwartek – Gliwice – ciepło, powietrze o metalicznym zapachu,
Sobota – Warszawa – w sumie jak podczas ostatniej wizyty.
Mam nadzieję, że od tych fluktuacji pogodowych nie wypadną mi włosy albo nie dostanę łupieżu.
Się ściemnia.